Kroczący w zwątpieniu str 4

wroc-mini-off barb-mini-ico-off wiz-mini-ico-off mini-ico-krzyzowiec-ros-off monk-mini-ico-off witchdoctor_male demon-mini-ico-off

Kroczący w zwątpieniu str 1
 

przycisk-poprz-off kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-on2 kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-off przycisk-dalej-off

 

Kilka godzin później grupy szamanów przedzierały się przez zarośla w części dżungli należącej do Siedmiu Kamieni. Benu szedł sam, daleko z przodu, licząc, że odosobnienie pozwoli mu zachować jasność umysłu. U boku miał parę pozbawionych sierści psowatych stworów. Były to nieziemskie bestie, bezwzględne i czujne, zrodzone ze szczątków umarłych i starej magii umbaru.

O każdej porze roku, tuż po Igani, wypatroszone ciała ofiar zszywano z wielką pieczołowitością na kształt psów i wypełniano je spreparowanymi ziołami i suszonymi liśćmi. Za łeb służyła wygotowana czaszka bestii z dżungli, mocowana tuż nad „obrożą” z piór. Dzięki błogosławieństwu duchów te podobne do zombie istoty służyły wiernie szamanom.

Kapłani podarowali Benu dwa psy-zombie przed jego pierwszym Igani, ale wtedy z nich nie korzystał. Duma kazała mu pójść na rytualną wojnę uzbrojonym jedynie w siłę i spryt. Teraz myślał jedynie o przetrwaniu. Nazwał swoje psy Chena (co oznaczało gorączkę) i Owaze (czyli lot). Obie bestie pędziły przez zarośla w rytmie swoich fantomowych serc.

Nagle z gęstwiny dobiegł wysoki i upiorny śmiech. Chena i Owaze zatrzymały się i nerwowo rozejrzały. Benu też zaczął szukać źródła dźwięku. Dobył sztyletu zaciśniętego za pasem, słysząc znajomy, ostry chichot.

W półmroku dżungli cienie łatwo skrywały co tylko chciały. Nagle spośród koron na ziemię spadł mały woreczek, nie większy niż dłoń dziecka. Benu instynktownie się cofnął w obawie przez tysiącem klątw, które mogły się kryć wewnątrz pakunku.

Lecz psy rzuciły się na przedmiot. Walczyły jak o kawał świeżego mięsa. Rozerwały tkaninę kłami. Z woreczka uniósł się obłok zielonego dymu. Psy zatoczyły się, jakby zakręciło im się w głowach. Benu patrzył, jak z trudem utrzymują równowagę. Zastanawiał się, co im się stało.

Niewidoczny przeciwnik wykrzyknął szybko słowa czaru: Gowaia fen! Bo’ta! Zawołaniu towarzyszyło grzechotanie. Wtedy Benu pojął, że czar oraz woreczek stanowiło niezdarną próbę zapanowania nad umysłem. Na żadnego wprawnego szamana taki czar by nie podziałał, lecz psy były prostymi istotami o słabej woli.

– Tchórz! – krzyknął Benu.

Chena i Owaze zawarczały. Rozwarłszy bezskóre uzębione pyski rzuciły się na nieosłonięte ceremonialnym strojem części ciała Benu.

Szaman zrobił unik, sięgnął za pas po zaczarowaną czaszkę wypełnioną palnymi olejkami i rzucił ją pod łapy swych niedawnych sług. Czaszka wybuchła, płomienie ułożyły się w kształt pogrążonego w cierpieniu człowieka i pochłonęły obie bestie. Stwory jednak pozostały niewzruszone, ich ciała nie czuły bólu.

Benu uniknął kolejnego ataku. Melodyjnie rzucił własną klątwę. Z jego ust wystrzeliły lśniące pyłki iskrzące niebieską energią, które skierował na psy. Czar okazał się nieskuteczny przeciwko klątwie rzuconej przez niewidocznego wroga. Nawet gdyby Benu udało się uniknąć ataku psów, wiedział, że przeciwnik szykuje następny atak.

Poddać się oznaczałoby uświęcić trwającą od wielu tysięcy lat tradycję. Ale teraz szaman nie dopuszczał do siebie myśli o dobrowolnym oddaniu się w ręce wroga.

„Życia w tej krainie nie powinno się marnować. Ta ofiara jest niepotrzebna… a Igani to narzędzie strachu i władzy. – Przypomniał sobie słowa bluźnierca. Słowa te nie brzmiały mu już tak niehonorowo, jak wtedy.

Benu zacisnął dłoń na sztylecie, desperacko próbując znaleźć wyjście z sytuacji. Chena i Owaze zbliżały się z wyciem, a wróg śmiał się triumfalnie. Benu czuł ścisk w gardle. Oddychał ciężko. Ciął sztyletem przez skórę Cheny. Owaze skoczył. Szaman padł na ziemię w uniku. Psy zatoczyły koło, szykując się do następnego ataku.

Nagle, z gęstwiny za Owaze wyłoniła się jedna z córek plemienia Siedmiu Kamieni. Wyglądała upiornie, obleczona od stóp do głów w strój z jaskrawych piór. Cztery zakrzywione rogi wystawały z maski zwieńczonej szkarłatnym pióropuszem. Nowoprzybyła wystawiła wierzch dłoni przed usta maski i z przeciągłym kaszlnięciem wypluła chmarę szarańczy, która wzbiła się w korony drzew.

Ukryty szaman krzyknął. Zaklęte psy upadły, ich ciała nadal płonęły.

Szarańcza szybko odnalazła cel. Odarty z kamuflażu i równowagi szaman spadł i zawył z bólu. Po chwili na pokrytej pnączami ziemi leżało już tylko martwe ciało. Uzbrojone w liczne, drobne zęby owady po zwycięstwie zniknęły w gęstwinie niczym dym.

Choć Benu był wdzięczny za uratowanie życia, z poczuciem winy spoglądał na martwe ciało. Skóra jego przeciwnika była opuchnięta i pokryta licznymi, krwawymi śladami od ugryzień żarłocznej szarańczy.

– Widzisz? Kolejny umbaru zginął bez powodu – powiedziała zamaskowana kobieta. – Chociaż nie jesteśmy stworzeni do życia w krainie cieni, musimy ze wszystkich sił starać się tu przetrwać.

Benu od razu rozpoznał jej głos. – Adija? – odparł ogarnięty grozą i szokiem. – Nie jesteś szamanem! Co tutaj robisz?

– Duchy nalegały, żebym poszła za tobą, i chyba dobrze zrobiłam, że ich posłuchałam. – Zadarła głowę.

– Zasady Igani zabraniają zabijać sza…

– Zasady? – warknęła Adija. – Mówisz o zasadach po tym, co widziałeś? Mbwiru Eikura to nie jest coś, na co trzeba zasłużyć, ale przywilej wszystkich umbaru. Wiesz o tym. To kapłani zaczęli tę grę. Bluźnierca z Pięciu Wzgórz zobaczył prawdę. Dlaczego temu zaprzeczasz?

– Ja… – zaczął Benu, ale nie znalazł odpowiedzi, a przynajmniej nie takiej, w którą sam by uwierzył. Miała rację. Bluźnierca miał rację.

W przypływie uczuć Benu objął Adiję i przyznał jej rację. Chodziło o coś więcej niż pragnienie, chodziło o dreszczyk emocji wzbudzony sprzeciwem wobec kapłanów. Stali nad dymiącymi truchłami psów i zwłokami szamana. Benu zdjął kobiecie maskę, po czym przesunął palcami po ustach Adiji, nim ją pocałował. – Na znak, że w tej sprawie jesteśmy jednością.

Adija uśmiechnęła się porozumiewawczo. Zamknęła oczy. Benu porzucił niepokój i pochylił się. Ich usta znowu się spotkały. Nagle, ku swemu zaskoczeniu, usłyszał krzyki i nawoływania. Z dżungli wyłoniła się grupa zamaskowanych szamanów. Pogrążona w namiętnym uścisku para z plemienia Siedmiu Kamieni za późno zdała sobie sprawę z zagrożenia.

Krzyk ginącego przeciwnika i dym unoszący się znad ciał psów Benu zwróciły uwagę szamanów z plemienia Doliny Chmur.

 

przycisk-poprz-off kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-on2 kropka-str-off kropka-str-off kropka-str-off przycisk-dalej-off
Opublikowany: 3 stycznia 2013 - Ostatnia zmiana: 24 czerwca 2017